Jul 24, 2015

MY NEW YORK CITY ADVENTURE: THURSDAY, DAY 1



Jak pewnie zauważyliście, po moich wpisach we wszystkich miejscach internetu (przypominam: moja nazwa na wszystkich kanałach social media to – fashionfromart, dlatego jedna wymówka, by mnie nie śledzić – trudna do zapamiętania nazwa, już odpada!), jestem teraz w mieście moich marzeń, Nowym Jorku, i, krótko mówiąc, I’m living my dreams. 


Skoro jest to także stolica mody, a modowych atrakcji mam w planach co niemiara, postawiłam sobie za cel wrzucenie na bloga paru tematycznych postów. Chciałam to zrobić dopiero po powrocie, ale w wieczór i jeden dzień zdążyłam doświadczyć już tylu niesamowitych wrażeń i emocji, że postanowiłam codziennie je spisywać i publikować na blogu. 

To co tu przeżywam, to jakaś magia. Byłam już wcześniej w Nowym Jorku, ale teraz odbieram go jeszcze inaczej, jeszcze intensywniej, jeszcze lepiej. Jestem zachwycona i…wykończona – z braku snu, ale też emocji. Przyleciałam do Wielkiego Jabłka w środę wieczorem, o 7:47, to be exact. Z lotniska odebrał mnie wujek i urządził mi małą przejażdżkę po NYC, wybierając trasę raczej nie jak najbliższą do hotelu. A mieszkam w najwyższym Holiday Inn na świecie, a w dodatku na jednym z ostatnich pięter, a dokładniej na 45. Lokalizacja? Financial District. Tuż obok mnie słynna ulica Broadway, 1 World Trade Center,  9/11 Memorial (troche risky). Zaraz po odłożeniu walizek do pokoju ruszyłam posmakować trochę nocnego Nowego Jorku (dosłownie: byłam strasznie głodna!)

A właśnie! Niesamowite emocje zapewniła mi także podróż. Z Poznania bliżej i szybciej mi do Berlina niż do Warszawy, dlatego też właśnie to miasto wybrałam na początek podróży lotniczej. Z lotniska Berlin-Tegel poleciałam na London Heathrow, gdzie miałam przesiadkę na samolot na JFK, czyli oczywiście John F. Kennedy International Airport w Nowym Jorku. Londyńskie lotnisko przywitało mnie może nie stresującą (przynajmniej dla mnie, bo takich przygód już kilka miałam), ale całkiem ciekawą sytuacją, w której mój samolot nieco się opóźnił zostawiając mi na przesiadkę jedynie godzinę. To na tak wielkim lotnisku niesamowicie mało czasu, bo samo przejechanie busikiem z jednego terminala na drugi zajmuje 15 minut. Po lotniskowych korytarzach musiałam biec, a i tak weszłam do samolotu spóźniona. Ale taki jogging to całkiem fajna sprawa, gdy w perspektywie ma się 8 godzin siedzenia. W planach było spanie, ale wybór filmów, seriali, muzyki i gier oraz ilość dostarczonego mi jedzenia okazały się tak fantastycznie duże, że nie zmrużyłam oka ani na minutę. Miłym zaskoczeniem było to, że w repertuarze znalazła się Ida Pawła Pawlikowskiego, choć nie powinno mnie to zdziwić, bo towarzyszyły jej też inne oscarowe produkcje.  Ja wybrałam kolejno: Podróż na sto stóp, Maleficient i Fame. Każdy z tych filmów widziałam po raz pierwszy i każdy z wyborów okazał się strzałem w dziesiątkę. Poleciłabym je Wam, ale, no cóż, pewnie już je widzieliście!

Czas wrócić do miasta, które nigdy nie śpi. Ja, przyznaję ze wstydem, poszłam w końcu spać, ale obudziłam się już o 6 rano. Bardzo chciałam pospać odrobinę dłużej, ale emocje wzięły górę. Niedługo potem wyszłam z hotelu i poszłam coś przegryźć. Jedynym czynnikiem wyboru miejscówki była bliskość jej położenia dlatego pozwólcie, że nie będę jej wam polecać. Wzięłam herbatę i croissanta – najbezpieczniejsze opcje – i ruszyłam dalej, by przez jakiś czas robić to, co w podróżach lubię najbardziej. Chodzić po ulicach wielkiego miasta, zatrzymując się tak, gdzie tylko znajdę coś interesującego.  A szłam Broadwayem powoli kierując się w górę, bo już niedługo miał zacząć się…mecz New York Yankees! Nowojorskie mecze najbardziej znanej drużyny baseballowej rozgrywają się na New York Yankees Stadium na Bronxie. Dziś Jankesi grali przyjacielski mecz z Baltimore Orioles, a ja miałam na niego bilety! I to jakie. Champion Seats, w pierwszym rzędzie, oczywiście po stronie naszych. A razem z nimi wstęp do VIPowskiej loży z nieograniczonym dostępem do przepysznego jedzenia, napojów i atrakcji. To był pierwszy mecz baseballu, na którym byłam i mimo, że wolę sport uprawiać niż go oglądać, bardzo mi się podobałam. Podejrzewałam, że wyjdę ze stadionu wcześniej, ale tak dobrze się bawiłam, że spędziłam na nim prawie 4 godziny, a czas i tak przeleciał mi niesamowicie szybko. 

Na Bronxie dłużej nie zostałam, tylko pojechałam metrem na Manhattan. Czas na window shopping na Madison Avenue. Chodziłam po słynnej ulicy przeżywając modowy orgazm co parę metrów. Visual Merchandiserzy odwalają tam kawał naprawdę świetnej roboty. Zatrzymałam się na kawę niedaleko butiku Burberry, by potem….przejść na drugą stronę ulicy do eleganckiej, ale przytulnej włoskiej restauracji na bardzo późny obiad. Wybrałam stolik na ulicy, by do woli przyglądać się przechodniom i…wystawie J. Crew. 
 

Po posiłku udałam się w górę Madison Ave i wylądowałam obok sklepu Apple, który zyskał sławę swoim nietypowym wyglądem. Przezroczysty sześcian wielkich rozmiarów z lewitującym jabłkiem rzeczywiście robi wrażenie. Skręciłam w Piątą Aleję na dalsze podziwianie witryn, m.in. butiku Tiffany & Co., gdzie Audrey Hepburn jadała swoje słynne śniadanie. Dzięki przejściu na 5th Avenue trafiłam do jednego z moich ulubionych i najbardziej znanych nie tylko w NYC, ale i na całym świecie domów towarowych - Bergdorf Goodman. Ciekawostka: słyszeliście o filmie Scatter My Ashes Over Bergdorf's? Ten dokument trudno znaleźć, ale warto się natrudzić i go obejrzeć. Choćby dla wypowiadających się o Bergdorf Goodman fashion insiderów, jak  Rachel Zoe, Vera Wang, siostry Olsen, Karl Lagerfeld czy Tom Ford.
Po nacieszeniu oczu najnowszymi kolekcjami luksusowych marek, złapałam taksówkę i podjechałam kawałek do Garment Disctrict (zwanego tez Fashion District). To część Manhattanu położona między alejami 5. i 9. i ulicami 34. i 42. W tej dzielnicy swoje showroomy czy pracownie ma mnóstwo marek i projektantów, jak choćby Oscar de la Renta, Carolina Herrera, Calvin Klein czy Donna Karan. Tu też często się zaopatrują. W materiały, maszyny do szycia czy zamki błyskawiczne i guziki. Przedstawiciel ostatniej grupy - guzik oraz igła stały się symbolami Garment District, a na jednej z ulic zobaczyć je można w dużym powiększeniu, w postaci figury. Dzielnica Mody to także miejsce słynnej Fashion Walk of Fame, czyli alei poświęconej projektantom, którzy zasłużyli się dla amerykańskiego przemysłu modowego. Wśród wbudowanych w chodnik kafli znalazły się takie, które poświęcone zostały np. Donnie Karan, Oscarowi de la Rencie czy Charlesowi Jamesowi, bohaterowi zeszłorocznej wystawy w Metropolitan Museum of Art.
Ponieważ chodzenie po mieście to najcudowniejszy sposób jego poznawania, do hotelu wracałam piechotą. Wybrałam tę opcję mimo wykupionej już wcześniej karty na metro i mimo szacowanego czasu - przynajmniej godzina drogi. Okazało się, że piesza wycieczka trwała jeszcze dłużej. Bo zamiast iść cały czas prosto Broadwayem, zbaczałam z teatralno-zakupowej ulicy to w prawo, to w lewo. Trafiłam m.in. do klimatycznego Flower District, wstąpiłam do Madison Square Park, gdzie leżących na trawie właśnie zaczęły atakować zraszacze, podeszłam pod jeden z moich ulubionych budynków w NYC - superwąski Flatiron zwany też Żelazkiem, przeszłam przez park Union Square, zadumałam się przy NYU New York University, poprzechadzałam się po SoHo i dalej ulicą Broadway doszłam już prawie do mojego hotelu.

Tak wyglądał mój pierwszy dzień w Wielkim Jabłku. Śledźcie moje dalsze przygody na Snapchacie, bo tam wszystko publikowane jest na żywo, a także na innych kanałach social media. Przypominam: fashionfromart. Buziaki!


MY OUTFIT:
BLOUSE: Grey Wold | SHORTS (yes, these are shorts, not a skirt): Stardivarius | BAG: Coach | SHOES: Deichamnn | GLASSES: Ray Ban | BRACELETS: Lilou x3, bought in Morocco x3

1 comment:

Tell me what you think. Can't wait to read your comment.