Jul 30, 2015

MY NEW YORK CITY ADVENTURE: WEDNESDAY, DAY 7


Środę zaczęłam od godzinnych zajęć medytacji w The High Line. To niesamowity park ciągnący się przez ponad 20 przecznic, który utworzony został na...byłej naziemnej linii metra. Nowojorczycy nie zepsuli tego kreatywnego pomysłu i park zachwyca jeszcze bardziej niż sama idea. Idąc torami, podziwiać można z góry klimatyczne ulice artystycznych dzielnic, takich jak West Village, Chelsea czy Art Gallery District. Czasem widać widać je zza drzew i kwiatów, a czasem widok jest niczym nie ograniczony i oba te sposoby podziwiania Nowego Jorku zapierają dech w piersiach. Choć park jest bardzo długi, w czasie przechadzki nie sposób się nudzić, bo każda jego część zaskakuje atrakcjami. Co więcej, w The High Line organizowanych jest wiele atrakcji, jak moja środowa medytacja o 8:30, czwartkowe Tai Chi o 9:30 czy szczególnie fajne dla dzieci możliwość dokładania własnych elementów do gigantycznej makiety wymarzonego miasta zbudowanej z klocków Lego.



Przeglądając mapę zauważyłam, że w pobliżu znajduje się Gagosian Gallery. Z parku zeszłam schodami na 28. ulicę, na wysokości Art Gallery District i skierowałam się do tej słynnej galerii. Chwilę trwało zanim ją odnalazłam, bo wszystkie znaki wskazują raczej budynki PACE Gallery. Niestety, okazało się, że trwa właśnie przebudowa związana z zakończeniem wystawy i galeria zostanie ponownie otwarta dopiero pod koniec września. Jeszcze bardziej zmartwił mnie fakt, że na następnej wystawie zobaczyć będzie można prace mojego ulubionego pop-artowego arysty, Roya Lichtensteina. Kto pamiętał, że modzie widocznej na jego pracach poświęciłam jeden z pierwszych postów na Fashion from Art?


Po nieudanej wizycie w Gagosian Gallery przeszłam pod High Line przez 10th Avenue i po kolejnych dwóch alejach dotarłam do Fashion Institute of Technology. Przy tej jednej z najlepszych i najbardziej prestiżowych szkół uczących mody na świecie funkcjonuje też należące do niej muzeum, w którym aktualnie oglądać  można wystawę Global Fashion Capitals. Teoretycznie chciałam zobaczyć wystawę, ale tak naprawdę odwiedziłam FIT ze względu na samą uczelnię, bo studiowanie w niej było moim marzeniem od kiedy zaczęłam interesować się modą. Fashion Insitute of Techology to rozłożony między kilkoma przecznicami kompleks wielkich budynków, wokół których utworzyło się niemal małe miasteczko: cukiernia FIT, księgarnia FIT, itp. 



Wystawa okazała się, tak jak podejrzewałam, bardzo interesująca. Pozwala nie tylko pooglądać bajeczne projekty słynnych domów mody, ale też dużo się nauczyć. Nie tylko o modzie, a o całym świecie. Bo celem Global Fashion Capitals jest pokazanie, że dziś świat mody to coraz bardziej świat, a nie tylko Nowy Jork, Paryż, Mediolan i Londyn. Twórcy wystawy stawiają tezę, że z roku na rok, a może raczej z sezonu na sezon, będzie to widać coraz bardziej. Wzrasta znaczenie projektantów z Tokio, Szanghaju, Sao Paulo, Mexico City, Kopenhagi i Sztokholmu, Lagosu, Seulu, Sankt Petersburga i Moskwy, Berlina, Antwerpii, Istambułu, Mumbaiu i New Delhi, Madrytu, Sydney i Melbourne, Johannesburga oraz Kijowa nie tylko jako pracowników paryskich czy londyńskich domów mody, ale jako samodzielnych twórców. Z czterech oczywistych stolic mody wybrano po kilku najważniejszych projektantów, a z każdego z mniejszych miast po jednym lub dwóch i wystawiono po jednym ich projekcie. Te, które najbardziej mnie zachwyciły, wcale nie wyszły z atelier Chanel, Givenchy czy Prady. To sukienka lagoskiej projektantki Lisy Folawijo i kreacja od artystki z Johannesburga.
Wystawa trwa do 14 listopada i jeśli traficie do tego czasu w Nowym Jorku, to koniecznie się na nią wybierzcie.


Po FIT odwiedziłam położony u zbiegu 30th street i Lexington Avenue Dover Street Market. To siedmiopiętrowy concept store stworzony przez Rei Kawakubo, założycielkę domu mody Comme des Garcons, projektantkę o dyskusyjnym guście, która przez krytyków mody doceniona została dopiero po czasie. Pierwszy DSM powstał w Londynie, następny w Tokio. W tej świątyni mody zachwycające jest wszystko - od wystroju, przez koncepcję i ideę, po same projekty, które można w niej kupić. A są to starannie wyselekcjonowane rzeczy z najnowszych kolekcji słynnych domów mody. Kupicie w nim, tak jak w Barney'sie, Bergdoorfie Goodmanie czy Saks Fifth Avenue, kreacje Prady, Saint Laurent czy Valentino, ale także takich domów mody, których znaleźć w nich trudniej, choć są równie znani. To dlatego, że ich projekty skierowane są do węższego grona, raczej do fashion insiderów niż do businesswomen szukających stroju na biznesowy lunch. To np. Rick Owens, J. W. Anderson, Maison Margiela, przedstawiciele Antwerpskej Szóstki - Ann Demeulemeester i Walten Van Beirendonck, Loewe, Erdem, Giambattista Valli, Sacai, Simone Rocha, Thom Browne,   Haider Ackermann, Hood by Air, Christopher Kane czy oczywiście Comme des Garcons.


Po wizycie w DSM skierowałam się na Times Square, w pobliżu którego chciałam odnaleźć siedzibę Conde Nast., czyli wydawnictwa Vogue'a czy innych magazynów takich jak TeenVogue, Glamour, W, Vanity Fair, New Yorkera, Allure, GQ, Traveler czy internetowej potęgi Style.com. Wyłonił się zupełnie niespodziewanie, jeszcze przed wejściem na Times Square. Weszłam do lobby, rozejrzałam się i jeszcze bardziej utwierdziłam się w przekonaniu, że kiedyś będę w tym budynku pracować. Kolejny punkt z mojej licty NYC Must-Do ohaczony!


Po wyjściu z Conde Nast. spędziłam trochę czasu napawając się widokiem i klimatem tętniącego życiem Times Square. Posiedziałam trochę przy czerwonym stoliczku, poobserwowałam ludzi, wypisałam parę pocztówek. Po godzinie dostałam miły telefon z wiadomością o rezerwacji stolika w Buddakanie, czyli słynnej luksusowej azjatyckiej restauracji, którą uwielbiała Carrie Bradshaw. W pierwszej części Seksu w Wielkim Mieście słynna fashionistka urządziła w tym miejscu swoją próbną weselną kolację. Oglądając film, zachwyciłam się tym miejscem i zapragnęłam też je kiedyś odwiedzić. Marzenia się spełniają!


Po nacieszeniu swojego brzucha kieliszkiem Prosecco i Singapore Noodles, czyli chińskim makaronem z krewetkami i chili wpadłam do pobliskiego Chelsea Market. W środku jest pięknie, a klimat jest całkiem  fajny i przyjemny, ale nie zatrzymałam się na targowisku zbyt długo. Tu Amerykanie podrobili z kolei Brukselę i jej słynne Galleries de Saint-Hubert. Dowód na zdjęciu poniżej. Pochodziłam za to po ulicach najpierw Chelsea, potem mojego ulubionego West Village. Na koniec dnia wstąpiłam do Amy's Bread, bardzo klimatycznej i uroczej piekarnio-cukiernio-kawiarni, na pyszne ciasto marchewkowe.


Śledźcie moje dalsze nowojorskie przygody na Snapchacie i moim profilach na innych kanałach społecznościowych (@fashionfromart)!

8 comments:

  1. Te kreacje na manekinach wyglądają świetnie! :D

    rilseee.blogspot.com

    ReplyDelete
  2. Jakie śliczne zdjęcia! Czekam na więcej! :)
    Zapraszam do mnie.
    http://meandmy-woorld.blogspot.com/

    ReplyDelete
  3. odwiedzić NY to jedno z moich marzeń :)
    efffie.blogspot.com

    ReplyDelete
    Replies
    1. trzymam kciuki, żeby kiedyś się spełniło!

      Delete
  4. Śledziłam na snapie! Pozazdrościć Ela podróży! :)

    ReplyDelete

Tell me what you think. Can't wait to read your comment.