Aug 1, 2015

MY NEW YORK CITY ADVENTURE: THURSDAY, DAY 8



Dziś mój kochanek mnie nie rozpieszczał. Dzień zaczął się dobrze, a zakończył fantastycznie, ale między rankiem, a wieczorem Nowy Jork wielokrotnie mnie zaskakiwał. Niekoniecznie pozytywnie. Przeczytajcie dlaczego.

Miasto obudziło się szare. W południe miały zacząć się pokazy Broadway w Bryant Parku, na które czekałam z niecierpliwością od paru dni. To cykliczny event, w czasie którego wykonywane są fragmenty najpopularniejszych sztuk z teatrów Broadway i Off Broadway. Dziś miały być pokazane Matilda, On The Town, Les Misérables, The Fantasticks, Happy 50ish. Ale pokazane nie zostały. Tuż przed 12:30, o której miało zacząć się show, zaczęła się ulewa. Zdążyłam schronić się w budynku Publicznej Biblioteki Nowojorskiej i deszcz zmusił mnie do zostania w środku przez prawie godzinę. Pokaz został oczywiście odwołany, a ja zamiast oglądać teatralne występy, wypisałam pocztówki.




Gdy na chwilę przestało padać, wydostałam się z NYPL i na pierwszym lepszym stoisku kupiłam parasol. Przydał się w momentach, gdy deszcz padał zwyczajnie, bo gdy zaczynała się ulewa, nie było sensu nawet go rozkładać. A padało, prawie bez przerwy, do wieczora. Postanowiłam zmienić swoje plany i postawić dziś na muzea. Na pierwszy ogień - Guggenheim. W drodze do słynnego muzeum co parę kroków zatrzymywałam się pod jakimś dachem, a w końcu wpadłam do sieciówki Green Cafe na obiad, bo zaczęło padać jeszcze mocniej, a na mojego iPhone'a przyszedł emergency alert o zagrożeniu powodzią. Pasta była pyszna, ale zaraz kiedy skończyłam jeść, siedząca obok mnie Amerykanka zaczęła krzyczeć, a wszyscy pozostali goście zaczęli wchodzić na stoły. Szczur. Welcome to America.




A tego dnia czekało mnie więcej przykrych niespodzianek. Gdy w końcu, po deszczowych męczarniach, dotarłam do Guggenheima na Museum Mile, okazało się, że jest...zamknięty. No cóż. Jakby przeczuwając, że nie wytrzymam więcej, przestał lać ulewny deszcz, a zaczęło jedynie siąpić. Przeszłam więc na drugą stronę ulicy i weszłam do największego parku Nowego Jorku. Moim oczom pokazał się piękny widok Jacqueline Kennedy Onassis Reservoir. To właśnie ta część Central Parku, którą na filmach widać najczęściej. Jeśli kojarzycie z filmów i seriali sceny, w których ludzie biegają czy jeżdżą na rolkach nad jakąś wodą, to właśnie Jackie. Widok połączenia natury z wieżowcami tętniącego życiem miasta jest obłędny. Zdecydowanie warto tu dotrzeć i przejść się wzdłuż brzegu, chociaż kawałek.



Skoro byłam już tak wysoko, postanowiłam przejść przez Upper West Side jeszcze paręnaście przecznic w górę i rzucić okiem na dom, w którym mieszkał Humphrey Bogart. Uwaga: trudno go znaleźć. Ja przeszłam ulicę dwa razy, zanim dojrzałam tabliczkę upamiętniającą życie słynnego amanta. Adres: róg 103 ulicy z Broadwayem, numer 245.




Skierowałam się znowu w dół i przechodząc uliczkami Upper West Side mniej więcej przez długość całego Central Parku dotarłam do Columbus Circle. Przy tym słynnym turystycznym punkcie znajduje się miejsce już mniej turystyczne, a bardziej dla pasjonatów tematu, czyli Museum of Arts and Design. MAD już na początku planowanie swojej podróży do NY wpisałam na swoją listę miejsc do odwiedzenia, a to dlatego, że trwa w nim właśnie wystawa czasowa powiązana z modą.  

Ralph Pucci: The Art of a Mannequin pokazała mi, jak ciekawe mogą być...manekiny! Nie żartuję. Te, które wychodziły z pracowni Ralpha Pucciego (nie Ralpha Rucciego, nie Emilio Pucciego, a Ralpha Pucciego, gwiazdy świata visual merchandiserów), to prawdziwe dzieła sztuki, a także lekcje historii. Pucci nie wymyślił jednego wzoru, którego trzymał się przez dekady, ale dopasowywał je do trendów i zachodzących zmian. Wśród ponad 30 eksponatów zobaczyć więc można manekina o twarzy Marilyn Monroe, pierwszego manekina plus-size manekina w słynnej pozie Verushki czy manekiny powstałe jako efekty współpracy artysty z takimi postaciami, jak Christy Turlington, Diane von Furstenberg, Anną Sui czy Isabel i Rubenem Toledo. W dalszej części wystawy, dzięki jej starannemu odtworzeniu, można przenieść się do pracowni Pucciego i obejrzeć szkice czy formy do odlewów, a także zobaczyć trzy filmiki  Co ciekawe, kilka razy w trakcie trwa wystawy odbyły i odbędą się pokazy tworzenia manekinów na żywo, prowadzonych przez Michaela Everta. To właśnie on, jako wieloletni i stały współpracownik Pucciego, stworzył wiele z pokazanych na wystawie manekinów.



Jak dowiedziałam się po wejściu do środka, moda znalazła się także w innych częściach 9-piętrowego budynku muzeum. Chyba nie zdziwi Was fakt, że to właśnie one zafascynowały mnie najbardziej. Już na 2. piętrze odkryłam salę Fundacji Tiffany & Co z widowiskową biżuterią z najrozmaitszych części świata. Na innych piętrach nie znajdzie się już mody, za to różnego rodzaju design, a także pierwszy raz w historii Musuem of Arts and Design obrazy i fotografie. Te ostatnie oglądać można w MAD za sprawą wystawy Richarda Estesa pt. Malując Nowy Jork. To zbiór obrazów, na których każdy element namalowany jest tak dokładnie i szczegółowo, że wyglądają jak fotografie. Miasto moich marzeń prezentuje się na nich bajecznie, a element zaskoczenia i złudzenia sprawia, że prace są niezwykłe i zdecydowanie warte poznania. Trzecia wystawa czasowa, którą miałam okazję zobaczyć w MAD to Pathmakers: Women in Art, czyli rozłożony na dwa piętra zbiór prac kilkunastu artystek współczesnych i tworzących w I połowie XX w. Większość prezentowanych obecnie w muzeum dzieł mniej lub bardziej użytkowej sztuki to właśnie ich prace.


Po wizycie w MAD wsiadłam w metro i pojechałam na Union Square. Przeszłam parę kroków i dotarłam do The Daryl Roth Theatre, w którym czekała mnie off-Broadwayowska Fuerza Bruta: Wayra. To słynne już, niesamowite widowisko stworzone przez Diqui Jamesa w Buenos Aires i odgrywane przez grupę o tej samej nazwie. W tym roku performance obchodzi swoje 10-lecie, a ja, przyznaję ze wstydem, wcześniej o nim nie słyszałam.
Wbiegłam do teatru chwilę spóźniona, ale na szczęście udało mi się wejść (chociaż po wcześniejszych przygodach, niewpuszczenie do środka nawet by mnie nie zdziwiło). Przez 80 minut byłam świadkiem zaskakujących pokazów wykonywanych przez grupę 16 aktorów. Przez cały ten czas stałam z szeroko otwartymi oczami, z niedowierzaniem obserwując co dzieje się dookoła i bez przerwy towarzyszyły mi niesamowite emocje. Pojawiający się znikąd aktorzy, scena śmierci, a zaraz potem klubowa impreza, podniebne akrobacje, deszcz (najwidoczniej w Nowym Jorku jak pada, to pada cały dzień i wszędzie), ogromnym basen z wodą zniżający się z sufitu tuż nad głowy widzów,  afrykańskie rytmy w środku wielkiego miasta, widownia przemieszczająca się po sali razem z performerami... to tylko niektóre z rzeczy, które wydarzyły się przez niecałe półtorej godziny. Tego nie da się opisać, to trzeba zobaczyć. Nowy Jorku, jesteś cudowny. To dzięki Tobie miałam okazję zobaczyć to niesamowite widowisko na żywo.



THE OUTFIT:
DRESS: New Look | BAG: Coach | FLATS: H&M | BRACELETS: Lilou x4, Rustic Cuff x4 and from my trip to Morocco x3

4 comments:

  1. Cudowne fotki na prawde sa sliczne ;*
    Super wpisy dodajesz i fantastyczny wyglad bloga ;)
    Zycze Ci powodzenia w dalszym blogowaniu, caluje i pozdrawiam :*

    ReplyDelete
  2. Bardzo ładną masz sukienkę :D

    rilseee.blogspot.com

    ReplyDelete

Tell me what you think. Can't wait to read your comment.